Łosoś, świecenie w ciemności i inne strachy

Bongiorno!

Przy okazji wczorajszego wpisu o dioksynach (tutaj: Dioksynki) obiecałem napisać słówko o łososiach. Kto wczoraj nie czytał, proszę nadrobić, bo temat mocno związany jest z pomarańczową rybką i nie będę szczegółowo wracał do tego elementu naszej toksycznej układanki.

Po takim wstępie już wiecie, że nie będę szczególnie zachęcał do spożywania łososi w większych ilościach. Dlaczego?

Ano dlatego (pomijam kwestie etycznych wyborów związanych ze spożywaniem ryb w ogóle – to nie jest tematem dzisiejszej lekcji):

Znaczna część łososi lądujących na naszych talerzach to ryby hodowlane (te z Pacyfiku są wiele droższe i nie ma co się łudzić, że w restauracji podają Wam tego dzikiego, a przy tym ogromna część polskich konsumentów kieruje się przy zakupie ceną, więc mamy pewność 100%, że kupią „Norwega”).

Co złego jest w hodowli łososi?

Zacznijmy od tego, że ryby te nie są karmione w sposób naturalny. Przez długi czas karmione były wyłącznie mączką rybną (to między innymi przez produkcję tej karmy pustoszeją morza i oceany – odławia się malutkie okazy ryb pelagicznych – aby wyprodukować 1 tonę łososia, odławia się na karmę 3-5 ton małych rybek). Ponieważ pomału brakuje w wodach już i tej drobnicy, hodowcy zaczęli uzupełniać „menu” łososi o mączkę kostną (pozostałości hodowli kurczaków i bydła) oraz soję i kukurydzę. Poprzez ingerencję w skład pokarmu łososi osłabiony został pozytywny potencjał zdrowotny, niesiony przez spożywanie tych ryb (np. zaburzenie stosunku omega 3 do omega 6, trzykrotnie niższa ilość cynku, dwukrotnie niższa ilość wapnia).

Ryby hodowane są w ogromnych metalowych siatkach, bez możliwości swobodnego przemieszczania się. Tak wielkie zagęszczenie (w jednej hodowli potrafi być do 500 tys. szt.) na małej powierzchni powoduje, że choroby i pasożyty migrują bez możliwości reakcji ze strony hodowców. W związku z tym, że ryby w hodowlach chorują bardzo często (obniżona odporność ze względu na brak ruchu i zmiany środowiska słone/słodkie, zła i nienaturalna dieta, urazy mechaniczne), stosuje się prewencyjne leczenie farmakologiczne (m.in. antybiotyki). Jak dziwnie by to nie brzmiało, jednym z największych utrapień skandynawskich „farmerów” są wszy morskie. Aby pozbyć się wszy, które są plagą nie do opanowania w warunkach hodowlanego ścisku, stosuje się tzw. kąpiele chemiczne (to Ci dopiero zagadka, jak wykąpać rybę?). Tu od razu mała parabolka i powrót do tematu dioksyn 🙂

Czy wiecie, czemu łosoś zawdzięcza swój niezwykły kolor mięsa? Pewnie, podobnie jak flamingi, wsuwa duże ilości skorupiaków i tak ładnie się wybarwia – astaksantyną? Niestety, łososie hodowlane karmione są inaczej i w związku z tym ich barwa byłaby mało medialna (szara). Rybki zatem należy podfarbować (używa się do tego zazwyczaj niegroźnych karotenoidów, ale sam fakt świadomości, że ten kolor został „dodany”, powoduje we mnie pewną nieufność).

Dodajmy do powyższego katalogu pewną zawartość metali ciężkich (w tym ołowiu i rtęci) w produktach rybnych (zwłaszcza tych tłustych o charakterze kumulującym), a otrzymamy całkiem wybuchową mieszankę. Mimo to dietetycy zachęcają do jadania łososi ze względu na ich ogromne walory odżywcze.

Walory odżywcze

Jako największe atuty naszego dzisiejszego bohatera podaje się: wysoką zawartość białka, zawartość NNKT (w tym omega-3), znaczący udział kilku minerałów (potas, fosfor, cynk) oraz witamin (głównie rozpuszczalnych w tłuszczach A,D,K,E). Wszystko to prawda (z tym, że coraz słabiej z tymi omega-3 – ze względu na wspomniany już problem karmy).

Każdy musi wyważyć sam, czy warto pozyskać białko, tłuszcz i minerały z tego produktu, mając na uwadze możliwe ryzyka, o których pisałem.

Risk analysis indicates that consumption of farmed Atlantic salmon may pose health risks that detract from the beneficial effects of fish consumption.

(Analiza ryzyka wskazuje, że spożycie łososia atlantyckiego hodowlanego może stanowić zagrożenie dla zdrowia, które umniejsza korzystny wpływ spożycia ryb.)

Global Assessment of Organic Contaminants in Farmed Salmon
„Science” 09 Jan 2004:
Vol. 303, Issue 5655, pp. 226-229

To ja jeszcze słówko co do tych niezwykłych walorów odżywczych. Chyba niezła kasa poszła w promocję ryb w ogóle (w końcu to ważna gałąź przemysłu najjaśniejszej U.E.), a w szczególności skandynawskiego króla. Przy bliższym przyjrzeniu się widać, że żadnych powalających liczb tu nie widać. Aby ułatwić Wam analizę, stworzyłem mały plakat, w którym porównałem łososia i najzwyklejsze w świecie orzechy włoskie. Zgadnijcie, kto wygrał? A wiecie dlaczego o tym nie słychać? Orzechy nie mają swojego ministerstwa do spraw propagandy, a na ich promocję nie ma dotacji.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *